Gdy PiS obejmował władzę powiedziałem, że ideowi socjaliści przejęli władzę od pospolitych złodziei. Czy zmieniłem zdanie po ostatniej burzy społecznej, którą wywołała nowina dotycząca podwyżek dla urzędników? Nie. Ale powiem Wam również gdzie widzę pole do poprawy tego projektu ustawy.

Bardziej klarowne zasady

Oczywiście moment PiS ma słaby. Przesunęli „w przyszłość” podwyższenie kwoty wolnej dla obywateli, zignorowali obniżenie tejże dla parlamentarzystów. Populistyczne wołania ze strony opozycji są uzasadnione – dobry moment aby ugrać kapitał sondażowy.

Jednak pomijając zgiełk populizmu, pierwszy odruch braku zgody na marnotrawienie publicznych środków, zachęcam do przeczytania samego projektu ustawy. Wynagrodzenie najwyższych urzędników państwowych będzie zależne m.in. od aktualnego minimalnego wynagrodzenia, PKB oraz tzw. „współczynnika Giniego” (w dużym skrócie jest to miara, którą bada UE pod kątem dochodu i warunków życiowych obywateli Europy).

Jeśli mnie czytacie od dawna to z pewnością wiecie, że nie jestem zwolennikiem używania popularnych miar (średnia wysokość płac, PKB) do opisywania sytuacji przeciętnego Kowalskiego. Miary te mają zupełnie inną rolę i w odwołaniu do skali mikro są zbyt ogólne. Niemniej użycie (nawet tak naiwnego) mechanizmu wpływu generalnej sytuacji kraju na pensje wysokich urzędników państwowych, uważam za bardzo słuszny kierunek.

Z małym wyjątkiem. Nie do końca rozumiem wynagrodzenie dla małżonka Prezydenta RP (ma ono wynosić 55% wynagrodzenia prezydenta). Nie znam kompetencji i obowiązków jakie miały do tej pory Pierwsze Damy, jednak nie wydaje mi się, aby istniała konieczność wypłaty wynagrodzenia. Bardziej adekwatnym byłoby używanie wobec nich funduszu reprezentacyjnego (z racji pełnionej funkcji).

Więcej ale mniej

Oczywiście jestem również zwolennikiem okrojenia ilości kadry urzędniczej (również – a raczej w szczególności – tej niższego szczebla). Przerost administracji jest jednym z głównych problemów systemu demokratycznego. Rak demokracji tworzy niejako odrębną, pęczniejącą grupę społeczną, która może mieć coraz większe znaczenie podczas wyborów reprezentantów narodu.

Ta patologia tworzy mechanizm wymiany kadr „na swoje„, często bez audytu, weryfikacji dokonań i kompetencji. Rząd który podejmie się cięcia administracji państwowej będzie tym, który albo jest głupi i nie wie co robi, albo będzie tym, który przedkłada interes Polski nad swój własny. Wątpię, aby wybrany demokratycznie rząd okazał się tym drugim przykładem.

Wracając, jestem zwolennikiem płacenia urzędnikom wysokich pensji. Patrzę na tę sprawę w perspektywie długookresowej. Może wyjdę nieco na technokratę, jednak uważam, że wyższe wynagrodzenia (mimo istnienia patologii nepotyzmu i kolesiostwa) ściągną do polityki lepszych fachowców.

Trudno oczekiwać, że fachowiec (nawet i patriota, chętny na służbę obywatelom) zrezygnuje z rynku prywatnego (i wysokiej pensji), na rzecz pracy w niestabilnej i społecznie wyklinanej sferze rynku pracy, czyli w sektorze publicznym.

Większa odpowiedzialność

Oczywiście – i tu kolejny mój postulat – z większą kasą, powinna iść większa transparentność i bardziej skuteczny mechanizm odwoływania urzędnika. Mało tego, nie powinno dochodzić do sytuacji, w których urzędnik opuszcza służbę dla państwa i ląduje w sektorze prywatnym, pracując nad… obchodzeniem prawa, które tworzył.

Jestem bardzo radykalny w temacie odpowiedzialności. Decyzje wysokich urzędników wpływają na losy wielu ludzi. W przypadku celowego działania na szkodę Polski i Polaków, które to działanie miało bardzo rozległe i negatywne skutki… urzędnikowi powinna grozić nawet kara śmierci.

Kraj dziadów?

Wracając do podwyżek. Sposób w jaki PiS sprzedaje swoje pomysły (nawet i te trafione) jest beznadziejny. Trochę jakby prywatna firma produkująca bikini zatrudniła poseł Pawłowicz do prezentacji swoich produktów. Podobnie jak taka argumentacja:

Podwyżki dla polityków?! Powinni pracować za tyle co zwykły obywatel!

Powinni pracować za darmo! To służba!

Jeśli oczekujemy, że znajdziemy fachowców, którzy będą pracowali za darmo, albo za grosze… to nie dziwmy się, że będziemy żyć w „kraju dziadów”.

Salut

PS. „Kraj dziadów” – określenie, które zaczerpnąłem z tytułu jednej książki Kamila Cebulskiego.