Przy Chatce Puchatka spędziłem około 30 minut, aby na spokojnie rozgrzać się herbatą z termosu, podziwiać genialne panoramy oraz gromady chmur, które przesuwały się znad Ukrainy w głąb Polski. Nie zwiastowało to poprawy niepewnej pogody, ale w tamtym momencie byłem zbyt upojony widokami, dla których warto wdrapać się na Połoninę Wetlińską. Pół godziny minęło i należało ruszyć w dalszą drogę.

Jeśli nie wiecie jak się tutaj znalazłem, odsyłam do części pierwszej.

Wejście do Chatki Puchatka z Brzegów Górnych nigdy mi nie pasowało. Jest forsowne, strome a ze mnie bardziej wędrowiec niż entuzjasta wspinaczki. Niemniej, strome zejście to też coś, co potrafi zdrowo zmęczyć. Ma to swoje plusy, bo gdy drżą Ci kolana i mięśnie od dupy w dół – możesz robić pauzy, które pozwalają na rzut oka w stronie wszech-otaczającej zieleni. Właśnie podczas jednej z takich pauz, w jednym z miejsc, w którym las jest lekko przerzedzony i drzewa nie zasłaniają serpentyn asfaltu poniżej, widać było dumnie pędzącego człowieka na czoperku. Głośny, wulgarny – ciął wstążki drogi jak bohaterowie Sons of Anarchy. W tym momencie mu zazdrościłem tej wolności, wiatru w kasku i… tego, że kurwa nie musiał taszczyć dupska po takich stromiznach. Gdy zniknął gdzieś za zakrętem, wyrwałem się z objęć sentymentalnego biadolenia i ruszyłem dalej.

Końcówka zejścia to urokliwa przeprawa przez mały drewniany mostek, pod którym wartko płynie strumień. Przyjemne zakończenie złażenia tym odcinkiem. Byłoby jeszcze piękniej, gdyby nie deszcz, który nieśmiało zaczął mnie poganiać na ostatnim odcinku trasy Połonina Wetlińska -> Brzegi Górne. Na parkingu przy szlaku jest jednak miejsce (mało bo mało), gdzie można schronić łeb. Tak też uczyniłem, ponieważ mocno się rozpadało. Na miejscu, przy okazji nabyłem dwa tomy ponoć dobrej książki – Bieszczady w PRL-u. Był to błąd logistyczny, patrząc na to jaką trasę obrałem później.

Pogoda się pogorszyła i co chwilę przelotnie padało, a nawet lało. Alternatywy były dwie – szlak, Połonina Caryńska i zejście na Przełęcz Wyżniańską, lub asfalt i grzeczny marsz do Bacówki pod Rawkami. Wsadziłem książki do plecaka, zaciągnąłem kaptur na głowę i ruszyłem na szlak.

Deszcz wciąż padał, jednak początkowo wędruje się w lesie, dlatego nie jest on aż tak odczuwalny. Słychać jednak ten fantastyczny dźwięk szturmu kropel deszczu na korony drzew. Jeśli dorzucimy do tego dźwięki płynącego w dole strumienia i poczucie, że na szlaku jesteście prawdopodobnie sami – wszystko wokół odbiera się ze zdwojoną siłą. W moim przypadku powiedziałbym, że było to piękno i spokój.

20140425_125117

Szlak jednak stawał się coraz bardziej mokry a deszcz nie ustawał. Nie planowałem postoju, ale wiata, która znajduje się w połowie drogi na Połoninę Caryńską, okazała się dobrym pomysłem. Dziesięć minut – kilka łyków wody, kawałek czekolady i w drogę.

Lekcja pokory

Podejście nieco mnie już zmęczyło (nie lubię robić postojów na tym etapie wędrówki), chociaż nogi wyjątkowo dobrze się trzymały. Problem w tym, że skończył się las, a padający deszcz, wspomagany powiewami wiatru, mocno zacinał prosto w twarz. Mimo naciągniętego mocno na głowę kaptura, sytuacja ta mocno wypalała i spowalniała marsz. Sił miałem jeszcze dużo, ale w jednej chwili poczułem coś, czego się nie spodziewałem – poczułem się słaby w mojej głowie. Przez moment chciałem tym pierdolnąć, rzucić plecak ze stanowczym „pierdolę, nie idę”. Wszystko przez jakiś głupi deszcz!
Zatrzymałem się na w miarę płaskim terenie, dając sobie chwilę na oczyszczenie głowy. Oceniłem, że pogoda nie jest na tyle zła, aby zawrócić – mogłem iść dalej. Łyk wody i rzut oka do góry. Drogi zostało jeszcze sporo, zwłaszcza, że pamiętałem iż podejście z tej strony jeszcze dodatkowo zakręca, co wydłuża szlak.

Trzeba było wziąć się w garść i obiecać sobie, że koniec z marudzeniem.
– Kolejny postój i łyk wody „na tym wzniesieniu” – skinąłem głową, wskazując sobie kierunek i rejon, w którym będę mógł chwilę odpocząć.
Tak, mam w zwyczaju do siebie gadać. Uważam, że to przejaw inteligencji i mądrości – nie ma to jak znaleźć kompana, który dorównuje nam intelektem.
– To prawda.

Ale wracamy na szlak.
Pogoda się nie zmieniała a ja przeżywałem bardzo ciekawą lekcję, którą traktuję jako bardzo pożyteczną. Umówmy się – z pewnością nie była to sytuacja, którą można przekazywać z ust do ust, ze względu na wagę niesamowitego ładunku merytorycznego, nie było zagrożenia życia czy zdrowia (pech cholera – nie będę w Panoramie). A mówiąc serio – to ogromna wartość dla tego, kto to przeżywa. Wstęp do lekcji życia, wstęp do poznawania swoich ograniczeń i pokonywania ich. Przeżywanie sytuacji, w których możesz liczyć tylko na siebie, choćby była to skromna motywacja, aby wdrapać się na to cholerne wzniesienie.

Lubię motywować. Mi bliskich motywuję pozytywnie, bo to najlepsza droga do motywacji. Ale wobec siebie zawsze jestem bardzo surowy i motywuję się negatywnie. Sam siebie nakręcam i jak dotąd pokonałem większość przeciwności, które przede mną stanęły. Jako, że już wspomniałem o tym, że lubię do siebie gadać – w tej kwestii również tego nie brakowało. Nie zamieszczę tutaj moich „dialogów”, ponieważ ich wartość merytoryczna nadawałaby się jedynie do słownika wulgaryzmów i wulgarnych wiązanek.

20140425_141106

Gdy byłem mniej więcej w miejscu przedstawionym na zdjęciu powyżej, z oddali słyszeć się dało grzmot. Mogło go nieść z Ukrainy albo Słowacji – był pojedynczy i z pewnością nie byłem w centrum burzy, jednak nogi jakby raźniej mnie prowadziły. To się nazywa motywacja!
Przy znaku na Połoninie Caryńskiej byłem o 14:20 i do zejścia na Przełęcz Wyżniańską pozostało mi około dziesięciu minut. Zejście to jest podobnego typu jak to do Brzegów Górnych. Tym razem szlak był dodatkowo mokry.

Zejście, podejście i o 15:30 byłem w Bacówce pod Małą Rawką. Byłem zmęczony i zadowolony. Miałem świadomość lekcji, jaką dały mi Biesy a w takich warunkach zmęczenie smakuje jak nagroda za cały trud trasy, którą człowiek pokonał tego dnia.

Tej lekcji pokory bym pewnie nie zaznał, gdyby nie fakt, że postanowiłem pojechać sam. W grupie, albo choćby z drugą osobą idzie się zupełnie inaczej. Już wiem dlaczego odradza się samotnych wędrówek – w gorszych warunkach, w innych górach (chociaż Bieszczady to też nie jest plac zabaw i nie wolno ich lekceważyć!) taka lekcja pokory może zamienić się w lekcję o znacznie większym kalibrze.

Za tydzień ostatnia część z tej wyprawy.

Komentować możecie na fappage.

Jeśli spodobał się Wam wpis – kliknijcie lajka, udostępnijcie wpis i zajrzyjcie na facebooka.