Opowiem Wam o mojej wiosennej wyprawie w Bieszczady. Trochę z przypadku wybrałem się w nie samotnie (Znajomy nie dostał urlopu) i muszę powiedzieć, że dzięki temu – oprócz odpoczynku i dawki inspiracji, otrzymałem również lekcję pokory. Ale zacznijmy od początku.

Do wyprawy nie szykowałem się zbyt długo, głównie dlatego, że większość ekwipunku dobrałem jesienią zeszłego roku przed inną wyprawą w Bieszczady. Był to na tyle dobry zestaw, że bez problemu pozwolił mi na (w miarę komfortową) poranną drzemkę przy szczycie Tarnicy.

Z tego miejsca polecam każdemu z Was obejrzeć wschód słońca z Tarnicy. W połączeniu z nocną wyprawą na szczyt, jest to niezapomniane przeżycie.

Po drobnych zakupach, ustaleniu orientacyjnych tras, noclegu i transportu – byłem gotowy na przygodę.

We czwartek 24 kwietnia położyłem się spać po 19, aby obudzić się po północy. Nie mogę próbować budzić się później, ponieważ grozi to pobudką dopiero rano. Obudziłem się planowo – około 00:30. Sprawdziłem bagaż i wydrukowałem bilet. Przed wyjściem uzupełniłem termos gorącą herbatą, która miała mnie rozgrzać na szlaku (nie, nie dodałem jej prądu). Po 4:15 byłem na dworcu. Neobus, który miał mnie zawieść prosto do Leska, wyjechał około 15 minut po planowanej godzinie odjazdu. Nie była to zbyt przyjemna perspektywa, ponieważ w Lesku miałem przesiadkę na trasę z Leska do Wetliny. Bynajmniej nie są to kursy, które odbywają się często. Adrenalinka.

W Niebylcu przystanek w bazie Neobusa. Przesiadka z autobusu do busów. Władowałem się do pojazdu, który zmierzał w kierunku Wetliny a razem ze mną do busu wkroczył dostojnym krokiem mężczyzna po pięćdziesiątce w skórzanej kurtce, spod której wystawała koszulka KSU. Wiedziałem, że nie pomyliłem busów.

Lubię Neobusa, ale zrobili mi z przesiadki 25 minutowej, przesiadkę 7 minutową. Nie lubię takich sytuacji, ale może taka specyfika podróży na tej trasie? We czwartek przekonam się ponownie – ponownie będę miał 25 minut na przesiadkę, ponownie przewoźnikiem jest Neobus. Neobusie lubię Cię – nie spierdol tego.

Trasę Lesko – Wetlina pokonałem w typowym “ogórze” firmy Arriva. Lubię te autobusy. Mają wygodne siedzenia – wygodniejsze niż te w Neobusach i już zdecydowanie wygodniejsze niż to, na co się sadza dupsko w Polskim Busie (paradoksalnie to Polskim Busem lubię podróżować najbardziej – FUCK LOGIC!). Od Leska Bieszczady czuć już wybitnie. O ile zawsze gdy wyjeżdżam z Rzeszowa w kierunku południowym, pierwsze skojarzenie jakie przychodzi mi do głowy to właśnie Biesy, tak praktycznie od wysokości Leska nie trzeba wspomagać się wyobraźnią. I to powietrze – jedno z wielu skarbów, po które właśnie zmierzałem.

Około 7:00 rano pogoda zapowiadała się całkiem dobrze. Na niebie kompromis – pół na pół w konkurencji błękit kontra biel chmur. Po ósmej rano wysiadłem w Wetlinie – Stare Sioło. Niedaleko przystanku są trzy istotne miejsca. Chata Wędrowca – restauracja, której nie można przegapić, wejście na żółty szlak oraz… sklep spożywczy, który dostarczył mi składników do śniadania, które pochłonąłem przed wyjściem w trasę.


Przesadziłem z ilością topionego serka; bułki pokroiłem nożem survivalowym – call me Bear Grylls plażo!

Z tego miejsca miałem opracowane dwie trasy. Gdyby była paskudna pogoda – idę z buta asfaltem, aż do Bacówki Pod Małą Rawką”. Na szczęście nie musiałem posiłkować się tą trasą, ponieważ pogoda była idealna – ani gorąco, ani za zimno. Brak deszczu, chociaż chmur było nieco więcej niż wcześniej rano. Niezrażony tym, wpierdzieliłem batonik energetyczny (myślałem, że zwymiotuję – połączenie smaku serka topionego ze śniadania i gumiastego bananowego batonika energetycznego nie jest czymś czym można się delektować) i ruszyłem dupę na szlak. Była 8:30.

Na pierwszy ogień poszła Przełęcz Orłowicza, na którą dotarłem o 9:50. Lubię ten szlak, wchodząc od Starego Sioła, jest to podejście stosunkowo delikatne. Idealne na rozgrzewkę. Już w tym rejonie można się delektować pięknymi widokami. Urzekają kolory, które może bardziej sugerowałyby jesień. Szczególną uwagę przyciąga kontrast między zielenią wiosenną, a tą, która jakby się jeszcze nie odrodziła.

Miałem dobre tempo i w “Chatce Puchatka” na Połoninie Wetlińskiej zameldowałem się o 11:20. Pół godziny przerwy, fantastyczny widok na Bieszczady przy kubeczku gorącej herbaty. Tak rozumiem dobry odpoczynek. Ta trasa temu sprzyja. Nie jest wymagająca, dostarcza pięknych widoków a i w razie niepogody można schronić się w schronisku.

Tutaj zakończę część pierwszą.

Komentarze znajdziesz na fanpage.

Część druga.