Uwaga, poniższa recenzja zdradza szczegóły fabuły!

Moja ocena tego filmu, jest skażona miłością do universum DC i samego Batmana. Wychowałem się na komiksach opisujących przygody rycerza z Gotham. Ba! Rysowałem własne (na szczęście przeszło mi dawno temu)! Aby wyjawić część mojego gustu, chciałbym dodać, że jestem fanem kreacji Batmana, które na ekran wprowadzili Tim Burton, a później Christopher Nolan w swojej trylogii. W moim odczuciu postać nietoperza musi być mroczna i brutalna, podobnie jak i jego otoczenie. Zatem, aby zrozumieć moją – niezbyt pozytywną – ocenę filmu Zacka Snydera, zapraszam Was do poniższej lektury.

W moim odczuciu postać nietoperza musi być mroczna i brutalna, podobnie jak i jego otoczenie.

To się nie trzyma kupy

Film rozpoczyna się od przypomnienia tragicznej historii młodego Bruce’a Wayne’a, na oczach którego zastrzelono jego rodziców. Nie zdążyliśmy złapać oddechu po pełnym patosu obrazie (przedstawionego w formie snu), a już lądujemy w Metropolis… gdzie właśnie trwa atak obcych. Dużo starszy już Bruce Wayne – którego gra Ben Affleck – rozpoczyna szalony wyścig po „mieście Supermana”, aby dotrzeć do siedziby swojej firmy. Pokaźny biurowiec, z okien którego rozpościera się wręcz idealny – wręcz apokaliptyczny – widok na pole bitwy. Co absurdalne, załoga tego drapacza chmur zaczęła się ewakuować dopiero… na wyraźne polecenie samego właściciela, gnającego gdzieś przez ulice poniżej. Kto lubi klimaty Taxi, Transporter czy Szybcy i Wściekli – zawiedziony nie będzie.

Oczywiście budynek się wali, a scena kończy się wymownym – pełnym nienawiści – spojrzeniem Wayne’a, skierowanemu ku niebu. Jak nietrudno się domyślić, miała to być ilustracja nienawiści Bruce’a wobec Supermana.

I tak jest cały film. Montażyści rzucają nami przez ponad 150 minut, nie martwią się takimi błahostkami jak sensowne przejścia między scenami. Podobnie jest z ilością absurdów i naiwnych zwrotów akcji.

Naiwność

Gdy już – w domyśle autorów filmu – powinniśmy być przekonani, że konflikt superbohaterów narasta, zostajemy nakarmieni historyjką, która ma miejsce półtora roku później. Superman zostaje wkręcony w intrygę, jakoby stanowił poważne zagrożenie dla świata. Powód? Rzekomo zmasakrował wioskę położoną w Afryce, gdy śpieszył na ratunek swojej ukochanej Lois Lane (graną przez Amy Adams), której groziła kulka z rąk (prawdopodobnie) terrorystów.

Sprawa stała się na tyle głośna, że rząd amerykański postanowił tę sprawę wyjaśnić, zatrudniając do jej pomocy senatorów. Absurd polega na tym, że moc Supermana widać było już podczas tej ogromnej batalii w Metropolis. Zapewne podczas swoich interwencji, Kryptończyk, wielokrotnie powodował szkody, które mogły irytować Amerykanów. Jednak dopiero – rzekoma – masakra w jakiejś afrykańskiej wiosce, sprawiła, że oczy Amerykanów się otworzyły i przestali wierzyć w dobre intencje Supermana. Tej zbiorowej, bezkrytycznej histerii ulega również sam Batman – na swój mroczny sposób.

Emocjonalny Batman

Przenosimy się do Gotham – miasta faceta przebierającego się za nietoperza. Mrok i klimat miasta przez moment dał mi nadzieję, że chociaż kreacja Batmana nie będzie papierowa. Sam wygląd i charakter to z całą pewnością inspiracja legendarnym komiksem Franka Millera – Powrót Mrocznego Rycerza. O ile rola doświadczonego, przesiąkniętego mrokiem Batmana, to bardzo dobrze dopasowana kreacja dla Afflecka, tak w tej roli było coś sprzecznego z obrazem Człowieka-Nietoperza. Z jednej strony mamy bohatera, który jest mocno sytuowany jako postać doświadczona, z bagażem wiedzy, taktyki bojowej, a z drugiej, zupełnie odarta z umiejętności chłodnej – wręcz lodowatej – oceny sytuacji, co jest jedną z kluczowych cech Batmana. Zabrakło mi tego ogromnie, zabrakło mi Batmana – detektywa, który nie dałby się nabrać na tanie intrygi przeciwko Supermanowi.

zabrakło mi Batmana – detektywa

Po akcji w Gotham, z relacji telewizyjnej Clark Kent (Superman, grany przez Henryego Cavilla) dowiaduje się, że Batman stosuje bardzo brutalne metody obchodzenia się z kryminalistami. Oprócz solidnego mordobicia, stosuje również stygmatyzowanie znakiem nietoperza, wypalając go kryminaliście na jego ciele. Muszę przyznać, że to kolejna rzecz, która do mnie nie trafia. Aż tak musi dawać upust swoim emocjom?

Reżyser kontra role

Na moment odejdźmy od momentami absurdalnego scenariusza i naiwnych emocjonalnych gier, skupiając się na kreacjach.

Zack Snyder postanowił zrobić z Lexa Luthora (granego przez Jesse Eisenberga), antagonisty Supermana, drugiego… Jokera. Szczerze mówiąc, chętnie zobaczyłbym tego aktora w roli szalonego klauna, gdyż… tak właśnie zagrał. Lubię i szanuję kreacje Eisenberga (choćby The Social Network czy Iluzja), dlatego uważam, że – choć rola źle napisana – zagrał całkiem dobrze.

Wartościową postać wykreował również Jeremy Irons (zagrał przyjaciela Batmana – Alfreda), który swoimi dialogami – naszpikowanymi ironią i skarkazmem – z Affleckiem, momentami ratował moją uwagę.

Bardzo podoba mi się również rola Wonder Woman, w którą wciela się Gal Gadot. Seksowna, tajemnicza i wydawałoby się – bezbronna. W rzeczywistości to maszyna wojenna, której próbkę dostaniemy dopiero w drugiej połowie filmu.

Magiczne pojednanie

Gdy Superman (ponownie naiwnie) dał się złapać w pułapkę Luthora, Batman nie miał wątpliwości – postanowił zabić Supermana. Człowiek ze stali, po tym jak stał się – w oczach Amerykanów – public enemy, opuścił głowę i udał się na mroźne odludzie. Nie zdołał usłyszeć krzyku swojej ziemskiej matki (została porwana przez Lexa), natomiast zjawił się momentalnie, gdy Luthor zepchnął z dachu jego ukochaną Lois Lane. Ten absurd doprowadził do sytuacji, w której antagonista Supermana zaszantażował go, grożąc odebraniem życia jego matki. Szantaż miał na celu skonfrontowanie obu herosów.

Grzechem każdego pisarza jest stosowanie zjawiska – znanego już w antycznym teatrze dramatycznym – tzw. deus ex machina. Zjawisko to polega na nagłej zmianie sytuacji, która nie da się logicznie wyjaśnić, a która całkowicie zmienia rozwój wydarzeń. Myślę, że moment pojednania, nabrania wzajemnego zaufania Batmana i Supermana, to idealny przykład takiego zjawiska.

Wzajemna walka obu herosów trwała w najlepsze (Batman odziany w specjalną zbroję, uzbrojony we włócznię zakończoną ostrzem z kryptonitu – zabójczego dla Supermana), do momentu, w którym Rycerz Gotham triumfuje i ma zadać decydujący cios. W ostatnim momencie Kryptończyk uświadamia Batmana, że zabijając go, pozwoli Luthorowi odebrać życie jego matce. Zbiegiem okoliczności, matki obu bohaterów noszą to samo imię, którego wydźwięk – z ust Człowieka ze stali – spowodował, że Batman zaniechał planu zabicia Supermana, niemal w momencie stając po jego stronie.

Przykład boskiej interwencji pojawia się i w innym kluczowym momencie. Zaradna Lois Lane pozbywa się włóczni, która miała uśmiercić Supermana. Jednak niedługo po pojawieniu się Doomsdaya, w mgnieniu oka, stwierdza, że włócznia przyda się do jego pokonania. Oczywiście ma rację i przyczynia się do zwycięstwa nad kosmicznym stworem.

Tanie obrazki

Sceny walki są bardzo drętwe. O ile na plus można zapisać Batmanowi, że w potyczkach używa gadżetów, tak sceny obijania mord przestępcom, wyglądają jak sceny ćwiczebne, w których nikt nikomu nie chce zrobić krzywdy. Jest nawet scena, w której opryszek uprzedza cios Batmana, symulując otrzymane uderzenie. Od razu przypomniały mi się sceny walk z trylogii nolanowskiej, w której odnosiło się wrażenie, że aktorzy musieli leczyć siniaki po udziale w kręceniu kolejnych ujęć.

Dopiero scena walki z Doomsdayem, w której pojawia się Wonder Woman, jest efektowna i… bardziej wiarygodna. Odniosłem wrażenie, że Gal Gadot przygotowała się do swojej roli bardzo sumiennie, co zaowocowało pewną naturalnością podczas nagrywania scen walk. Przyjemnie się to oglądało.

Hej DC! Nie tędy droga!

DC i Marvel ścigają się w filmowaniu swoich universów. Wydaje się, że Marvel idzie drogą nieco bardziej jakościową, natomiast DC ilościową. Stajnia, z której wywodzi się Batman i Superman, wypuściła sporo seriali, które się o siebie ocierają. Można tu wymienić choćby Gotham, Green Arrow, Flash, Supergirl, The Legends of Tomorrow. Niektóre z tych seriali wydają się być napędzane stosunkowo niskimi budżetami (co niestety widać niejednokrotnie).

Po drugiej stronie mamy Marvels Agents of S.H.I.E.L.D., który świetnie wpisuje się w tło produkcji kinowych Avengers. Całkiem dobrym serialem – ze stajni Marvela – jest również Daredevil, w której przemycono całkiem udaną kreację Punishera – jednej z bardziej klasycznych postaci tamtego universum.

Myślę, że droga obrana przez Marvela jest drogą bardziej nastawioną na jakość, co z pewnością cieszy ich fanów. DC natomiast wydaje się zataczać na obranej przez siebie drodze. Ledwie kilka tygodni po premierze BvS, zapowiedziano, że zostaną dokręcone sceny do ich kolejnego filmu (Suicide Squad), ze względu na zbyt mroczny charakter filmu. Że co, proszę?! Moim zdaniem chodzi o coś innego i myślę, że ma to związek z jakością filmu o Batmanie i Supermanie.

Zimmer, i wszystko jasne.

Nie da się – i nie wolno – przegapić w tym filmie ścieżki dźwiękowej. Hans Zimmer nie zawodzi. Najbardziej spodobała mi się rola Wonder Woman, a gdyby tego było mało, Zimmer zaproponował jej takie wejście:

Nie taki diabeł straszny…

Ten film nie jest zły! Każdy kto lubi filmy o superbohaterach, ale nie przywiązuje wagi do ich genezy, nie jest fanbojem i lubi kino akcji, to pewnie będzie zadowolony. Film raczej nie zapadnie w pamięć, ale jeśli ktoś wybierze się do kina, to ma szansę się rozerwać.

Obrazek wyróżniający pochodzi z oficjalnej strony filmu.

PRZEGLĄD RECENZJI
Pomysł na film
Poziom realizacji tego pomysłu
Ben Affleck jako Batman / Bruce Wayne
Henry Cavill jako Superman / Clark Kent
Gal Gadot jako Diana Prince / Wonder Woman
Próba zrobienia Jokera z Lexa Luthora
Przydatność w filmie Lois i Alfreda
Poziom podekscytowania związany z kolejnymi częściami
Muzyka
Sceny walk
Efekty specjalne
Poprzedni artykułW temacie aborcji
Następny artykułOstentacyjnie
Autor, entuzjasta głębokich myśli i szalonych pomysłów. Twórca krótkich, długich i bardzo długich tekstów, komiksów oraz multimedialnych.